Niechętnie, drużyna przystaje na plan Lambdy. Zbierają drewno i przygotowują spore ognisko na brzegu - tak dadzą znać Ghulom, że na nie czekają. Jednocześnie, część ekipy schowa się poza kręgiem światła, gdyby ghule szykowały jakiś podstęp, albo plan Lambdy okazał się równie głupi, na jaki brzmi...
Po kilku godzinach oczekiwania, od strony jeziora doszedł ich delikatny chlupot, a następnie na skraju światła rzucanego przez ognisko dostrzegli kilka ciemnych kształtów. Ghule przybyły! Tajemnicze postacie odciągnęły Lambdę poza krąg światła i zaczęły z nim rozmawiać w swoim bulgoczącym języku. Zanim pozostali zdążyli zareagować, zwiadowca ghuli zaskoczył ich od tyłu, zmuszając wszystkich do zgromadzenia się przy ognisku.
Lambda, z charakterystyczną dla siebie pewnością siebie (mimo, że chyba sam do końca nie rozumiał, co do mówią ghule), wyciągnał z plecaka dwa pojaemniki. Z jednego wyłowił garść wijących się, czarnych glist. Ku zaskoczeniu drużyny, Ghule przyjęły dar z niemal nabożną czcią - było oczywiste, że te dziwne larwy mają dla nich szczególne znaczenie. Sytuacja stała się ciut mniej napięta, ale niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło. Jednak krótka wymiana zdań, dała mutantom chwilę do przyzwyczajenia się do przytłumionej, bulgozcącej wymowy - z odrobiną wysiłku dało sie w niej wychwycić prawdziwe słowa! I wyglądało na to, że same ghule także co nieco rozumieją mutantów. To otwarło przed Mamą Muchą świat nowych możliwości! Spróbowała przekonać przywódcę ghuli, że wszystkie wcześniejsze starcia to jedynie nieporozumienie. Ghul odpowiedział jednak gorzko - mutanci napadają na jego lud i zjadają ich! Wygląda na to, że gdzieś na zachodzie działa druga grupa mutantów, znacznie bardziej agresywna niż mieszkańcy Arki.
Po dłuższej wymianie zdań, ghule zarządziły, że dalsze rozmowy i targi odbędą się już na wyspie. Lambda był z siebie wyraźnie zadowolony, choć gdy Mama's Papas dopytywali jaki jest kolejny krok jego planu, odpowiadał tylko pustym, zaskoczonym spojrzeniem - chyba nie przemyślał żadnych kolejnych kroków.
Brodząc przez jezioro, ghule trzymały dystans od większych mutantów. Tylko zwiadowca, który zaskoczył ich w sadzie zbliżył się do Mamy Muchy i wypytywał ciekawie o mutantów - czy się starzeją, czy są nieśmiertelni skoro nie mają dzieci (bo sam zwiadowca wspomniał o ich dzieciach - Krasz uznał rozsądnie, że pewnie przepotwarzają się z tych czarnych larw). W pewnym momencie zdradził również, że Max zabił podczas ostatniej wyprawy syna ich przywódcy - więc nawet jeśli nie należą do mutantów z zachodu, to wyrządzili ghulom wielką krzywdę.
Po przybyciu na wyspę, Ghule zdjęły swoje zawoje, odsłaniając prawdziwą postać - niscy, chorowici, anemiczni ludzie o bladej skórze i zmęczonych oczach. Ale jednak ludzie! Zwiadowca (a raczej zwiadowczyni) przedstawiła się jako Klaryna, a przywódca ghuli jako Jachub. Jachub wysłał resztę ghuli przodem, by uprzedili resztę o gościach i zanieśli święty pojemnik z powrotem na miejsce, z którego ukradł go Lambda. Następnie poprowadził mutantów do środka wielkiego budynku na środku wyspy. Po drodze opowiedział też nieco o historii ghuli: żyją na tej wyspie od zawsze, jeszcze gdy wszystko dookołą było wielkim, zielonym sadem, a nie pustynią. Pamiętają czasy sprzed kuli ognia, która raniła ich oczy i skórę. Ich społeczeństwo oparte jest na świętej symbiozie - z Świętą Wodą, Matką i jej Dziećmi oraz całym plemieniem. Teraz, będą musieli ukorzyć się przed Matką i poddać jej osądowi za swoje grzechy.
Gdy przechodzili przez techniczną przybudówkę, którą odwiedzili gdy pierwszy raz byli na wyspie, grupka ghuli okadzała właśnie odzyskany pojemnik śpiewając przy tym rytualne pieśni.
Wnętrze budynku wypełnione było różnymi maszynami, rurami i wiązkami grubych kabli. Między nimi, przeciskały się i wspinały się ghule - doglądając pracy maszyn, nosząc pojemniki z larwami i przyglądając się ukradkiem nowo przybyły. Sroka nie mógł oderwać oczu od cudów techniki jakie go otaczały - aż Klaryna musiała go popychać do dalszego marszu. Mutanci prowadzeni byli coraz niżej, przez korytarze zaadaptowane na pomieszczenia mieszkalne. Wszędzie jednak otaczała ich technika jeszcze Sprzed. Co ciekawsze, ghule w jakiś sposób wykorzystywały larwy do pracy nad maszynami - przy wielu zaworach lub kontrolkach zamontowano specjalne misy, w których wiły się larwy podczas gdy ghul majstrował coś przy urządzeniu.
Najniższy poziom piwnic zdominowany był przez wielką kadź, a w niej - setki tysięcy czarnych larw i glist! Jachub wszedł na chodnik prowadzący nad kadzią i zaczął modlić się głośno do Matki. Następnie wyjął drugi pojemnik otrzymany od Lambdy i wrzucił larwy z powrotem do kadzi - na ich spotkanie wystrzelił macka stworzona z robaków - istota w kadzi była w jakiś sposób "świadoma"!
Mama Mucha szybko złapała o co chodzi - zaczęła głośno lamentować i przepraszać za grzechy "zawinione i niezawinione". Max również składał czynny żal za doprowdadzenie do śmierci syna Jachuba (poprzez odgryzienie mu twarzy). Podczas całego zdarzenia, Jachub bacznie obserwował kadź, ruch macek, zmarszki na powierzchni, aż wreszcie oznajmił, że Matka nie żąda ofiary z przybyszy. Jednocześnie powiedział Maxowi, że sam odstępuje od zemsty za śmierć syna, ale nie jest w stanie znaleźć w sobie wybaczenia. Wreszcie, zgodnie z wolą Matki, oznajmił, że jeśli mutanci nie mają nic do zaoferowania, mają opuścić wyspę i nie wracać.
Zapanowała pewna konsternacja - Lambda ewidentnie nie miał żadnego więcej planu, a Mama's Papas nie przynieśli ze sobą nic wartego zaoferowania ghulom. W końcu Sroka zebrał się na odwagę i zaproponował pomoc przy kilku maszynach - idąć przez kompleks zauważył kilka źle wykalibrowanych zaworów i klekoczących przekładni i zapewnił, że będzie w stanie je usprawnić. Jachub przystaje ostrożnie na propozycję - przydziela Sroce do "nadzoru" Baszkę, jednego z techników - by mutant nie naruszył nigdzie Ceremoniału i nie przeszkadzał w pracy Świętym Dzieciom. Lambda postanawia zostać razem ze Sroką, a reszta drużyny zostaje odeskortowana na powierzchnię i z powrotem do sadu.
Nad ranem, Sroka i Lambda wracają przez jezioro taszcząc ze sobą kilka baniaków z czystą wodą - zapłatę za pomoc w naprawach. Wygląda na to, że udało się nawiązać jakieś zręby porozumienia między Mutantami z Arki, a Ghulami z Wodociągów!
Lambda, Kosmar i Seraph postanawiają wrócić do Arki i przygotować się do kolejnej wyprawy do Ghuli (tym razem może Lambda przyjdzie lepiej przygotowany), jednak Mama's Papas postanawiają ruszyć dalej w Zonę. Zapasów mają sporo, pogoda sprzyja, a informacja o mutantach żyjących na zachodzie brzmi bardzo ciekawie - szczególnie, że zgodnie ze słowami Starego, to właśnie na Zachodzie powinni szukać Edenu!
Ruszają na południe, nad brzeg rzeki, gdzie w sitowiu schowali swoją Kajmakową Kwadrygę. Łódź na szczeście jest cała i niedługo potem cała drużyna płynie już w górę spokojnego nurtu prosto na zachód. Mijają zawalony most - ocalało raptem parę przęseł, ale Max wypatruje przy jednym z nich uwięziony plecak - jakiś wędrowiec musiał utonąć w górze rzeki. W środku znajduje kilka pocisków. Rzuca też okiem na południowy brzeg, ale nie wygląda zbyt zachęcająco - poprzecinami lejami i kraterami, a do tego z widocznymi znakami Zgnilizny. Lepiej się tam nie zapuszczać.
Dalej na zachód, teren zaczyna się nieco zmieniać. Północny brzeg nadal porastają gęste zarośla i lasy, ale i na południu robi się bardziej zielono, zgnilizna wydaje się nieco ustępować. Max znajduje dogodne miejsce do zacumowania i prowadzi resztę nieco na południe. Kierowany instynktem, odnajduje zarośniętą ścieżkę, która prowadzi ich do prawdziwie sielankowego miejsca - pozostałości parku, w brzozowym zagajniku! Ocalały cudem stolik, kilka głazów z uchwytami do wspinaczki, a nawet pozostałości strzelnicy - gdzie ktoś zostawił w pełni sprawny łuk! Drużyna postanawia skorzystać z okazji i zjeść w tym spokojnym miejscu posiłek, przespać się, a następnego dnia ruszyć na dalsze poszukiowania w Zonie...